Niedziela, 12 marca, zbliża się godzina 19:00. Zasuwam szczelnie okna ciemnymi roletami. Wyłączam komputer. Wyciszam telefon. Panuje mrok, ale nie totalny, bo przecinany migoczącymi punkcikami działającego odtwarzacza, w który dzisiejszego wieczora wsunęłam najnowsze dzieło blackmetalowego Recluse – Stillbirth in Bethlehem.

Z muzyką jak z ludźmi?

Wierzę, że do niektórych płyt trzeba dojrzeć. Wierzę, że rozumienie muzyki, o ile takie istnieje, wymaga czasu zobrazowanego w co najmniej kilku odsłuchach lub nawet kilku wieczorach spędzonych wyłącznie z jednym albumem. To trochę jak z ludźmi – nie każdego da się zrozumieć już podczas pierwszego spotkania. Odczuć? Owszem. Można poczuć ukłucie w sercu, drżenie dłoni lub warg niezdolnych sklecić spójnego zdania, ale do zrozumienia potrzeba przede wszystkim czasu.
Można nazwać to sztuką. I to nawet dość niełatwą sztuką. Szczególnie w czasie, kiedy muzyka zalewa nas z każdej strony, Internet pęka w szwach od nawarstwiających się nowości, a portfel nie radzi sobie z ich zakupem. W tym natłoku zdarza się nam pominąć wiele rzeczy, które na pierwsze nastawienie ucha wydały się co najmniej przeciętne, a które, kto wie, może przy dziesiątym lub setnym odsłuchu okazałyby się światełkiem w tym tunelu oblepionym bylejakością? Dziś jednak nie będzie ani o pobieżnym poznaniu, ani o przeciętności, bo na ekran wrzucam Recluse i ich zeszłoroczny album – Stillbirth in Bethlehem, który nie tylko poruszył najczarniejszą część mojego ducha, ale i stworzył sprzeczność między moim zdaniem, a zdaniem innych recenzentów, w tym Marii Konopnickiej.

Recluse Stillbirth in Bethlehem

W ciągłym napięciu

Album rozpoczyna Canticle of Murder – utwór ściągający na plecy ten rodzaj dreszczy, które najczęściej pojawiają się podczas samotnego spaceru po ciemnym lesie lub podczas nocnych przemyśleń po maglującym umysł thrillerze. Nie ma w tym utworze nic dobrego, czystego ani zdrowego, ale ten opis to żadna wyjątkowość, zobaczycie, bo w taki sposób można opisać każdą część Stillbirth in Bethlehem – jako nieźle popieprzony black metal rodem z najczarniejszego kąta piekła.
I nawet jeśli dwa następne utwory, Semen and Blood i Hasidic Inspect, wypełnione są ciekawymi, jednostrunowo szarpanymi riffami, lekko zmniejszającymi stworzone wcześniej napięcie to dopełnia je tak przerażający skrzek, że, nie łudźcie się, nawet na wzięcie co głębszego oddechu nie ma czasu. Gdybym była wiedźmą z wypalonym na karku pentagramem, pewnie uznałabym te wrzaski za swój osobisty hymn zdolny w zawrotnym tempie przywołać na ziemię samego Szatana.

Obłęd, chaos i bezkompromisowość

Od blisko jedenastej minuty zaczyna się część druga Stillbirth in Bethlehem i jest to moment, w którym odpuszczam poznawanie albumu ze względu na pojedyncze tytuły. Biorę go jako jedną, cholernie mroczną całość, którą mimo występującej gitary i perkusji, trudno jest rozróżnić na poszczególne elementy. Gitara tak przesterowana i brudna, że zagłusza perkusję, perkusja tak szybka i chaotyczna, że przyćmiewa wokal, a wokal? Mimo że przyćmiewany to i tak wysuwa się na przód charcząc, chrypiąc i poruszając te neurony w umyśle człowieka, które na pewno nie odpowiadają za nic dobrego.

Recluse

Gdyby upchnąć zło i zepsucie całego świata w jeden przedmiot, tworząc drugą puszkę Pandory – Stillbirth in Bethlehem sprawdziłoby się idealnie, bo nie jest to ani zróżnicowany, przyjazny black metal, ani metal dla dziewczynek, które chcąc być mroczne, obwieszają się toną szatańskiego żelastwa. To muzyka bezkompromisowa, pełna obłędu i chaosu, którym można by robić sporych rozmiarów przesiewkę między tymi, którzy black metal czują i tymi, którzy black metal studiują.
Maria Konopnicka napisała na Facebooku, że podczas odsłuchu Stillbirth in Bethlehem w miejskim autobusie stawała się większa niż sam pojazd, a po wyjściu z niego musiała uważać, żeby nie zdeptać napotkanych przechodniów. Ja czuję to zupełnie inaczej – przy pierwszym utworze ze Stillbirth in Bethlehem jestem większa niż w rzeczywistości, za to z każdym kolejnym staję się coraz mniejsza, skulona i pełna takiej dawki nienawiści wobec świata, że nawet mucha, która w tym czasie siada mi na nosie zdycha w ułamku sekundy, a jej drobne zwłoki rozkładają się na moim udzie pozostawiając po sobie słodki odór siarki.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!