– Jesteś szalona – stwierdził znajomy z jakąś nutką rozbawienia w głosie, kiedy opowiedziałam mu o planach pojechania na kolejny koncert do Poznania. – Rozumiem, że Above Aurora to dobry zespół, ale raczej nie tak dobry, żeby przejechać dla niego kilkaset kilometrów i z powodu tej podróży nie przespać całej nocy. Ja bym nie pojechał.
I faktycznie, nie pojechał. Ja za to po ogarnięciu biletów i wolnego w pracy wyruszyłam na dworzec i przez następne 30h żyłam wyłącznie muzyką, pociągami i historiami ludzi poznanych po drodze. Jesteście ciekawi przebiegu tego dnia? Rozsiądźcie się wygodnie, bo możliwe, że będzie to najdłuższy tekst na blogu. A jeśli nie najdłuższy to na pewno umiejscowiony w tej czołówce.

O tym, dlaczego pojechałam na Ritual Black Mass

O Ritual Black Mass dowiedziałam się tydzień przed samym wydarzeniem, czyli chwilę po powrocie z Warszawy, z Metalowej Wigilii. Byłam wymęczona jak koń po westernie, a potrzebę koncertowania zaspokoiłam na tyle, że informacja o poznańskim evencie nie wywołała nawet chwilowego wstrzymania oddechu. Podejście jednak szybko się zmieniło, kiedy zauważyłam, że na deskach Klubu pod Minogą ma wystąpić Above Aurora. (No proszę Państwa, o nich to ja nawet pisałam jakiś czas temu.) W taki sposób, nie zastanawiając się ani chwili dłużej Ritual Black Mass upchnęłam do kalendarza jako ostatni koncert tego roku.

Początek podróży

Bilety kupione, kanapki spakowane, telefon naładowany – pora jechać na dworzec. Z Koszalina wyjechałam równo o 09:21, a po 2h i 40 minutach byłam już w Gdańsku. Zastanawiacie się czemu Gdańsk? Czy nie ma łatwiejszego sposobu na dotarcie do Poznania? Owszem, bezpośrednie połączenie Koszalin-Poznań istnieje, ale na tyle nieprzyjemnych, godzinowych warunkach, że zamiast zobaczyć Above Aurora na scenie, dojrzałabym tylko ich zadki pakujące się do samochodu. Chcąc jednak przeżyć koncertowe ekscesy, a niekoniecznie zawód, wybrałam trasę przez Gdańsk Główny – w podsumowaniu troszeczkę dłuższą, ale terminowo bardziej dopasowaną.
Z Gdańska wyruszyłam o 12:36 i po upłynięciu przeszło trzech godzin byłam już w pochmurnym, deszczowym Poznaniu. Mówią – miasto jak miasto, nie ma się co ekscytować. Gdybym jednak miała zagłosować w magicznym plebiscycie na te miejscowości, które kojarzą mi się najlepiej, Poznań nie miałby sobie równych. A na pewno nie w kwestii muzycznej, bo to właśnie U Bazyla przeżyłam najlepszy do tej pory, deathmetalowy koncert (Pentacle, Ares Kingdom, Warfist). Jednak wracając do tematu, z Poznaniem przywitałam się tuż przed 16:00, a klub otworzyli dopiero o 18:00. Co ze sobą poczęłam? Przez pierwszą godzinę spacerowałam po poznańskich uliczkach szukając miejsca, w którym można zjeść coś bardziej normalnego niż fast food, ale miasto pochłonęło mnie do tego stopnia, że i tak zdecydowałam się na McDonald’s, bo najzwyczajniej w świecie pozostało mi niewiele czasu, a pod Minogą wolałam jednak nie pojawiać się na styk – dla własnego, psychicznego komfortu.

Pierwsza wizyta w Klubie pod Minogą

Po wejściu do klubu pomyślałam „boże, co to za klitka”. Jak się okazało, lokal podzielony jest na dwie strefy – w pierwszej jest po prostu bar i miejsce na posiadówki, a dopiero w tej górnej odbywają się koncerty. Czy to jednak dolna część, czy ta po schodowej wędrówce – początkowo nie przekonywała mnie ani trochę. Na ścianach przypadkowe obrazki, masa poupychanych drewnianych krzeseł, wąskie korytarze i skrzypiąca podłoga. Dopiero po kilku minutach koncertu doszłam do wniosku, że w sumie Klub pod Minogą sprawdza się podczas takich małych występów i narzekać nie mam na co. Nagłośnienie dawało radę, a niewielkich rozmiarów sala potęgowała kameralność atmosfery całego wydarzenia.
Między momentem mojego przyjścia do klubu, a rozpoczęciem pierwszego występu poznałam kilka osób i zamieniłam z nimi po co najmniej kilkanaście słów – tym nie będę Was zanudzać. Przejdźmy do sedna tego całego wpisu, czyli poznańskiego koncertu Ritual Black Mass.

Dagorath – black metal rodem z norweskich stron

Na scenie jako pierwsi pokazali się chłopcy z Dagorath. I nie bez przyczyny w tym momencie nazwałam ich chłopcami, bo takie właśnie wrażenie na mnie wywarli wraz z wyjściem przed publikę – młodzików poprzebieranych za blackmetalowców. Długie kolce na przedramionach, paski od gitary wyłożone gwoździami, złowrogie malunki na niewinnych twarzach. Ale uwierzcie, szybko mi to uprzedzenie minęło, bo wraz z wybrzmieniem pierwszego utworu poczułam, że oto mam do czynienia z chłopakami, którzy nie tylko wizerunkiem nawiązują do black metalu rodem z lat 90.,ale ten black metal tworzą! Umiejętnie, totalnie po swojemu, ale nie zapominając o korzeniach.

Zdjęcie przedstawiające bydgoski, blackmetalowy zespół Dagorath

Brudne brzmienie gitar, zwinna, agresywna perkusja i skrzeczący wokal, a wszystko to pozbawione jakichkolwiek dodatków, surowe. W tamtym momencie, choć na plecach miałam ramonkę i o marznięciu nie było nawet mowy, czułam, jakby temperatura spadła do co najmniej zera. Świetne granie, chłopaki w pełni skupienia na tym, co robią i widocznie mający na to jeszcze nie jeden pomysł. Zaraz po zakończeniu występu pobiegłam kupić płytę i było to najlepiej wydane 15 zł w ostatnim czasie.

Ritual Bloodshed – chęci ponad możliwościami

Po Dagorath przyszła pora na Ritual Bloodshed. Dwójka facetów z gitarami i jedna młoda panna za bębnami. Sam żeński pierwiastek w blackmetalowym składzie bardzo mnie zaintrygował i w sumie… tylko to. Było czuć zaangażowanie i chęci zespołu, ale to nie zawsze przekłada się na dobry efekt. Brzmienie ciekawe, selektywne, riffy choć niedociągnięte to pomysłowe, ale całość jawiła mi się jako przerost pragnień nad możliwościami, bo nie każdy wrzask to blackmetalowy wokal, a agresywne szarpanie za struny nie wystarczy, by połechtać czarne serducha. I nie pomogły ani płachty z nabazgranymi pentagramami, ani przesadne zadymienie lokalu.
Zdjęcie przedstawia poznański, blackmetalowy zespół o nazwie Ritual Bloodshed.
Cały występ Ritual Bloodshed (jako jeden z trzech poprzerywany problemami technicznymi) wyglądał jak teatrzyk w podstawówce – pełen dobrych chęci i zapału, ale z masą potyczek, na które i tak większość przymyka oko i po ich zakończeniu głośno klaszcze. Ja oka nie przymknęłam i może dzięki temu zauważyłam, że to perkusistka odwaliła największą robotę umiejętnym blastowaniem i improwizacją, dzięki której gitarzysta mógł poradzić sobie z ponownym podłączeniem do nagłośnienia. Nie jestem jak matka wychwalająca przedstawienie swojego dziecka bez względu na jego poziom, dlatego mam nadzieję, że Ritual Bloodshed zobaczę jeszcze co najmniej raz i rzeczywiście całą sobą się do nich przekonam. Po prostu.

Above Aurora – ciemna gwiazda czwartkowego wieczoru

I jak Dagorath i Ritual Bloodshed były przekąskami, tak Above Aurora była daniem głównym – zróżnicowanym smakowo i bardzo ładnie podanym. Faceci weszli na scenę i wiedzieli dokładnie co mają robić, a różnica pomiędzy nimi i wcześniejszymi zespołami była cholernie widoczna, głównie ze względu na dojrzałość grania. Każdy ruch ręki przy gitarze, każde uderzenie pałki w perkusję, każdy wrzask – umiejętne, pełne zdecydowania i blackmetalowej siły. Czuło się to ich zgranie i umiejętności, których amatorką już po prostu nazwać nie można.
Zdjęcie przedstawia poznański zespół, black-doommetalowy o nazwie Above Aurora.
Otuleni światłem świec stojących na środku sceny wyglądali jak kapłani – pewni siebie i bezpretensjonalni. Po kilku minutach występu pod sceną zebrał się spory tłum i żeby widzieć Above Aurora wystarczająco dobrze musiałam się trochę poprzepychać. A było warto, bo oczy wokalisty wlepione w moje poskutkowały nie tylko polepszeniem relacji fan-zespół, słuchacz-muzyka, ale i dreszczami rozchodzącymi się po całym ciele w rytm wyraźnego brzmienia gitary. Niestety jak przy poprzednich zespołach udało mi się nagrać malutką część występów, tak przy tej części koncertu mój telefon przeżył spore zawieszenie i nagrać nie udało się kompletnie nic. Szczerze jestem ciekawa ich dalszej działalności i mam nadzieję, że „Onwards Desolation” nie okaże się zbyt wysoko postawioną poprzeczką.

Czas na powrót

Po zakończeniu Ritual Black Mass, zakupie kolejnych płyt i kilku krótkich rozmowach wyszłam z klubu. Pociąg powrotny do Gdańska odjeżdżał o 02:43, więc w tamtym momencie zostały mi ponad 4h na zrobienie czegokolwiek ze sobą. Zarzuciłam plecak na ramiona i udałam się w kierunku dworca z myślą, że może uda mi się przespać choć przez chwilę. Jak się okazało, nie było to tak łatwym zadaniem, jak sądziłam wcześniej, bo spać na siedząco jeszcze nie umiem. Kilkugodzinne oczekiwanie zamknęło się więc w naprzemiennym przesiadywaniu na poczekalni i w McDonaldzie i posilaniu się czymś, co jedzenie może przypomina, ale na pewno jak ono nie smakuje. Chwilę przed 02:43 wpakowałam się w pociąg i podczas tej ponad trzygodzinnej podróży nie zmrużyłam oka nawet na chwilę. Nie myślcie sobie. W przedziale trafiłam na bardzo energicznego i rozgadanego emeryta, który z chęcią opowiedział mi historię swojego życia i o moje życie z chęcią wypytując. W ten sposób może i podróż nad morze minęła szybko, ale zmęczenie osiągnęło niebezpiecznie wysoki poziom – tak wysoki, że gdy o 06:18 dotarłam na miejsce doczłapałam się tylko do ściany tuż przy rozkładzie jazdy, na podłogę rzuciłam ramoneskę i wtulona w plecak przespałam czas do kolejnego pociągu. Po 30h na nogach dotarłam do mojego małego Koszalina. Po to, by prosto z dworca udać się do pracy, tam spędzić kolejnych kilka godzin i po 16:00 trafić w końcu do domu – czasami nawet bez świadomości tego, jak idę i dokąd zmierzam. Tę relację chciałam oczywiście spisać tuż po powrocie, ale jedyne co jeszcze byłam w stanie zrobić tamtego dnia to trzasnąć drzwiami, zrzucić z siebie co nieco i paść na łóżko jak zwierzę wymęczone batem swojego pana.
– Za ten wyjazd to chłopaki z Above Aurora powinni dać Ci medal z ziemniaka albo dożywotni karnet na wszystkie ich koncerty. – podsumował znajomy po tym, jak w skrócie opowiedziałam mu tę samą historię, którą dziś opowiadam Wam. Może. Może powinni. Choć na ich występ pojechałabym pewnie nawet do Katowic, ale nie wiem czy w takiej sytuacji nazywalibyście moje zachowanie determinacją – raczej już swego rodzaju wariactwem. Ale czy nie takich właśnie wariatów potrzebuje każdy zespół?

PODZIEL SIĘ

4 KOMENTARZE

  1. Dziewczynko.
    Jeśli ogłaszasz, że piszesz „relację z koncertu”, to pisz o koncercie. Poza gronem Twoich znajomych nikogo nie obchodzi ile czasu spędzasz w pociągach, co jesz w między czasie i z kim rozmawiasz. Jeśli zabierasz się za relacjonowanie to rób to rzetelnie. Zwykłemu czytelnikowi, który chciał poznać w/w zespoły zaserwowałaś jedynie słabą podnietę A.A. Jeśli już musiałaś wypocić taką szmirę to mogłaś chociaż nie wstawiać publicznie linka do swojego bloga, mydląc oczy „relacją”.
    Słabo, słabiutko ….

    • Uwaga, blog muzyczno-refleksyjny. Czy sama nazwa nie podpowiada, że tekst nie będzie opowiadał wyłącznie o muzyce? Poza tym, jako że jest to blog, a nie magazyn muzyczny to w każdym tekście będzie spora cząstka autora strony, czyli mnie.

      Dla ludzi, którzy wchodzą tutaj zainteresowani wyłącznie muzyką oznaczyłam wyraźnie akapity tak, by podpowiadały o czym będzie poniższy kawałek tekstu, np „Dagorath – black metal rodem z norweskich stron” i żeby mogli skupić się tylko na tych fragmentach.

      W tekście znalazły się też zdjęcia i nagrania z koncertu. Myślę więc, że jeśli nie jest to typowa relacja to chociaż o taką relację zahacza, bo jej podstawowe cechy zawiera. Jeśli jednak poszukujesz czytelniku tej typowej zapraszam na strony zajmujące się wyłącznie muzyką i do tematu podchodzące na sucho. A jeśli tytułem mojego tekstu czujesz się wprowadzony w błąd to bardzo przepraszam – nie taki był mój zamiar. Blog ten ma dość specyficzną formę, a relacje w moim wykonaniu posiadają więcej cech reportażu i opowiadania niż może samej relacji, co nie zmienia faktu, że o muzyce pisze się tu sporo i prosto z serducha. Pozdrawiam.

    • Widea nagrywane byle jakim telefonem – głównie ku sprawdzeniu jak to wyjdzie. Ale miło, że się tutaj pojawiłeś Bartku. 🙂 Zapraszam ponownie. Pozdrowienia!

Zostaw po sobie ślad!