Jego gęste, brązowe włosy muskały mój policzek, kiedy wtulał swoją ciepłą twarz w zagłębienie między szyją a obojczykiem. Czułam na skórze spokojny oddech, a w brzuchu, raz za razem podrywało się stado motyli wprawiając mnie w dziwną, niekontrolowaną ekscytację. Leżeliśmy. Na zewnątrz szalała jesienna ulewa tłukąc kroplami deszczu o blaszany parapet i przygniatając nas swoją szarością, a zza szyby dało się dojrzeć jedynie smętny, obdrapany blok z oknami jak lukami w szczurzej klatce. Patrzyłam w tamtym kierunku czując jak moje powieki stają się coraz cięższe, a ciało obejmuje słodkie rozluźnienie. W tamtej chwili podniósł się odrywając ciepły policzek od mojego chłodnego ciała i rozganiając nadchodzący sen jak kłąb dymu jednym, żwawym machnięciem dłoni. Podszedł do laptopa, przesunął myszką kilka razy po powierzchni biurka i kliknął.
– Posłuchaj tego, jestem ciekawy czy Ci się spodoba. – wyszeptał tym swoim zmysłowym, lekko drżącym i miejscami załamującym się głosem, a ja miałam wrażenie, że to rozkaz – nie prośba. I to rozkaz, który z wielką chęcią wykonam.
Wtedy z głośników jak z otchłani wydobyły się pojedyncze dźwięki gitary basowej – krótkie, głębokie, rytmiczne, a po chwili wzmagane skrzeczącym odgłosem tej elektrycznej. Zamknęłam oczy i słuchałam. Potem doszedł wokal – męski, drażniący, pełen emocji i te emocje podsycający, idealnie współgrający z instrumentami, zdający się panować nad nimi i samodzielnie dyktować warunki. On wrócił do mnie, położył się obok i wpatrzony w moją twarz jak w obraz, którego interpretacji nie jest w stanie stworzyć, czekał. Czekał długo, bo zapętlony utwór przeleciał co najmniej dziesięć razy, a ja mimo to nie wyraziłam swojej opinii. Bo nie potrafiłam. Jeszcze.

Tak trafiłam na Riverside. Natknęłam się na nich w okresie, w którym w ciągu miesiąca potrafiłam poznać dziesiątki ludzi, a z czego tylko jedna osoba pozostawiła we mnie głębszy ślad. „The Depth Of Self-Delusion” – tak nazywał się utwór zasłyszany tamtego deszczowego popołudnia i pod jego hasłem mijały kolejne dni mojego życia.

A nie był to jeszcze czas, kiedy muzykę potrafiłam chłonąć nałogowo. Wtedy dobierałam utwory bardzo starannie, a kiedy znalazłam jeden, który docierał do mnie w jakiś magiczny sposób, katowałam go do obrzydzenia. Tak, do obrzydzenia i znudzenia, aż wraz z pierwszym dźwiękiem buzia sama otwierała się w akcie głębokiego ziewnięcia. Z Riverside było inaczej, choć proces wyglądał podobnie. Okładałam się ich muzyką całymi dniami. Nocą nie wyciągałam słuchawek z uszu, a siedząc na lekcji myślałam o nadchodzącej przerwie tylko po to, by znów usłyszeć seksowny głos Dudy, rytmiczne gitary zamieszane z perkusją i chłonąć emocje, które wylewały się z nich intensywniej niż krew z rozciętej żyły. Nie zanudzili mnie ani nie zniesmaczyli, ale długie miesiące milczenia, chcąc nie chcąc, nastały. Po to, bym po przeszło roku wróciła do nich jako słuchacz dojrzalszy, wierniejszy i z jeszcze większą miłością w sercu.
Z Riverside rozpoczęłam kolekcjonowanie muzyki. Jako pierwsze zamówiłam „Out of Myself” i „Second Life Syndrome”, bo wtedy już czułam, że rozpoczęcie przygody z zespołem w innej kolejności to jak rozpoczęcie poważnego związku od rozwodu. Te dwa albumy rozchodziły się po moim pokoju przez całe tygodnie. Nie istniała dla mnie muzyka inna niż ta długa, złożona, progresywna. Za to właśnie uwielbiałam „The Same River” i „Second Life Syndrome”. Były jak opowieści z przebłyskami szczęścia i cierpienia – nigdy jednoznaczne, dopieszczone pod każdym względem i wchodzące zarówno w ciało, jak i umysł z wielką rozkoszą. Grzechem byłoby niedocenienie takiej wirtuozerii, którą w każdym z tych utworów popełniał Duda i Grudziński. Linia basowa tworzona przez Mariusza i przeciągliwe, zróżnicowane dźwięki wychodzące spod palców Piotra zaspokajały moje muzyczne zachcianki z najwyższą klasą i oddaniem. Niedocenieniem nie grzeszyłam, ale ogromną przyjemnością osiąganą, dzięki każdemu ich wytworowi na pewno.
Zdjęcie przedstawiające członków rockowego zespołu Riverside
Pozostałe utwory tworzony nastrój nie różnicował już tak bardzo. Jedne prezentowały wyłącznie smutek, inne totalną radość. Były jakby rozdrobnieniem tych kilkunastominutowych kompozycji, ich czynnikami pierwszymi. W ten sposób, z przypadku całego „Out of Myself” przy „I Believe”, „Loose heart” i „In Two Minds” wypłakiwałam swoje żale, a w towarzystwie „Reality Dream” i „Reality II” wskakiwałam na etap odzyskiwania siły, dzięki muzycznej fascynacji. A całe „Second Life Syndrome”? To podobna budowa. Krótkie, skrajne nastrojowo utwory dopełniające kilkunastominutową, tytułową wirtuozerię. Na niej znalazłam najwięcej ulubieńców, takich jak „Conceiving You”, „I Turned You Down” i „Before”.
Następne albumy Riverside nie porwały mnie. Słuchałam, znam, ale pewnie wyłącznie z sentymentu lub przywiązania, które rozpoczęło się tamtego deszczowego popołudnia. W takiej pasywności trwałam aż do „Shrine of New Generation Slaves”. To na tej płycie poczułam znów to, co na dwóch początkowych, i wcale to podobieństwo mnie nie nudziło. Co więcej, „Shrine of New Generation Slaves” mnie zachwyciło! Jestem zwierzęciem sentymentalnym i lubię, kiedy robi mi się dobrze nie zapominając o początkach. To jedna z niewielu płyt, ogólnie muzykę ujmując, w której uwielbiam każdy utwór – od początku po sam koniec, choć dało się już wyczuć zachcianki chłopaków, że może by coś zmienić, że może coś nowego i zaskakującego.
I takim granatem było „Love, Fear and the Time Machine” – album, który za pierwszym razem mnie zadowolił, ale chyba wyłącznie z wieloletniego przywiązania. Bo po wielokrotnym przesłuchaniu doszłam, ale nie do rozkoszy, a do wniosku, że w szeregi Riverside wkrada się lekka powszechność, popularyzacja, która mnie już nie kręci. Mariusz Duda postawił na wyjący wokal, gitarowe zagrywki nie kusiły już swoją innością, a cała radiowa otoczka, która wokół tego albumu się wytworzyła nie przekonywała mnie do niego ani za grosz.
Śmierć Grudzińskiego bardzo mnie zasmuciła. Przez długi czas nie potrafiłam dopuścić do siebie tej wiadomości, a kiedy już tego dokonałam, byłam pewna, że Riverside się rozpadnie. Koncert, na który zamierzałam pojechać, odwołali – tak, jak całą trasę. Po kilku miesiącach od śmierci gitarzysty wydali kompilację „Eye of the Soundspace”, do której, mimo najszczerszych chęci, przekonać samej siebie nie umiem. Podobnie mam z wyjazdem na ich przyszłoroczny występ w warszawskiej Progresji, bo zamiast „Riverside + goście” chciałabym przeczytać „Riverside + zmartwychwstały Piotr Grudziński” i pewnie nie pojadę, bo nie chcę, by serce mi pękło pod natłokiem przykrych wrażeń.

Miłość, która nie przechodzi wzniesień, upadków, radości ani cierpienia nie jest miłością prawdziwą. Ta, do Riverside dojrzewała wraz ze mną, by w pewnych momentach zyskiwać na sile, a potem opadać. Po wydanych przez zespół nowościach i obranej drodze twórczej moje uczucie utrzymuje się na tej niewysokiej, ale przyzwoitej powierzchni, a gdy chcę poczuć coś głębszego dopieszczam je pierwszymi albumami i nagraniami z występów na żywo sprzed kilku lat, jak romantyczną kolacją z ukochanym lub przeglądaniem albumu wypełnionego wspólnymi zdjęciami. Bo nawet gdy Riverside zniknie, a członkowie zespołu rozejdą się w zupełnie innych kierunkach, we mnie pozostaną wspomnienia – tamtego jesiennego, deszczowego dnia i tygodni spędzonych z muzyką tworzoną przez nich jako nierozerwalną, idealnie współgrającą całość.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!