Z poczuciem szczęścia bywa różnie. Czasami pojawia się ot tak i zostaje na dłużej, kolorując jeden dzień za drugim. Czasami zagnieżdża się tylko na chwilę, przez większość czasu jednak każąc za sobą tęsknić. Włączając nową płytę Rogera Watersa nie sądziłam, że zapewni mi ona to, czego poszukiwałam przez ostatnie 20 lat – całkowite, dotykające każdego kawałeczka duszy szczęście. Tak intensywne, że aż wydzierające łzy spod powiek. Jak to możliwe?

Sobotnie południe. Z jakiegoś powodu postanowiłam zwlec się z łóżka jeszcze przed zapadnięciem zmroku i po chwyceniu za kubek leżący tuż obok tapczanu skierowałam się do kuchni. Stopy gołe, kafelki zimne jak cholera, za oknem słonecznie, ale mimo to jakoś nijako. Jednym słowem – dzień jak co dzień, bez zapowiedzi drastycznej zmiany.
Zalałam kawę wrzątkiem i pieszcząc nosek jej gorzkim zapachem przyglądałam się stertom talerzy zalegającym w zlewie, okruszkom chleba pokrywającym podłogę i ciemnym plamom, prawdopodobnie po kawie, tworzącym na blacie wzory podobne co najwyżej do czarnej dziury.
– Chyba wypadałoby posprzątać – powiedziałam w myślach i po siorbnięciu pierwszego łyku kawy, trochę jak na zachętę, zabrałam się za zmywanie naczyń. Powoli, od niechcenia, ale mimo to dokładnie. Tak, żeby ich nie potłuc i jednak zmyć chociaż tę najgrubszą warstwę tłuszczu, keczupu i innych mazideł, którymi raczyłam w tym tygodniu swój biedny żołądek. Kiedy skończyłam, moje dłonie wyglądały jak suszone, pomarszczone śliwki. Dopiero wtedy postanowiłam włączyć muzykę. Dlaczego nie wcześniej? To proste. Nie lubię jak bulgoczące w zlewie brudy i cieknąca z kranu woda zagłusza mi dźwięki.
Los chciał, że dzień wcześniej, w lipcowym wydaniu Teraz Rock naczytałam się o nowej płycie Rogera Watersa. Z czystej ciekawości włączyłam więc, jak ostatni grzesznik, „Is This The Life We Really Want?” z YouTube’a. Intro wypłynęło z głośników, ja podkręciłam dźwięk i wróciłam do kuchni wsłuchując się w deklamację i szepty Watersa uzupełnione o rytmiczne cykanie zegara. Na pierwszy rzut ucha, nic porywającego. Dobrze jednak zrobiło mi się już przy drugim utworze, kiedy to cykanie i recytacje płynnie przeszły w bardzo gitarowe, niezwykle kojące brzmienie, z podkładem emocjonalnym doskonale potęgowanym przez głos Watersa. Tu lekkie ściszenia, tu jakieś trzaśnięcie, a między tym ogromna przestrzeń, która rozpychała moje żebra, tworząc już gniazdko pod to tytułowe szczęście. Gdyby ktoś w tamtym momencie zapytał mnie o definicję piękna, czy to w kontekście muzyki czy nie, odpowiedziałabym szybko i zdecydowanie – „Is This The Life We Really Want?”. A to był przecież dopiero początek.
W każdym kolejnym utworem było coraz bardziej intensywnie i… magicznie. I uwierzcie, nie piszę tego z choćby minimalną przesadą. Przy „The Last Refugee” zabrałam się bowiem za gotowanie. Wrzuciłam wcześniej obrane ziemniaki do garnka z wodą w międzyczasie mieszając ogórki ze śmietaną – niby prozaiczna czynność, a czerpałam z tego tyle radości jakbym była dzieckiem testującym swoją nową zabawkę w piaskownicy. Przestrzeń „Deja Vu” doskonale kontynuowana przez „The Last Refugee” tykała najgłębiej skrytego fragmentu duszy. Jakby sam Waters, z tym swoim delikatnie zachrypniętym, cholernie dojrzałym głosem stanął przede mną i nim jak dłutem rzeźbił – przedzierając się przez warstwę żeber i pewnie już sczerniałe serducho.
Żeby jednak nie było zbyt pompatycznie, kolejny utwór – „Picture That” jest bardziej realny i konkretny. Tam Waters nie szczędzi na dosadności, przekleństwach ani frustracji. Wywala z siebie wszystko to, co go mierzi – zarówno w politycznych, jak i po prostu życiowych aspektach. To był idealny moment na przerzucenie obiadu na talerz i powrót do pokoju, bo „Broken Bones” to znów powrót do klimatu trzech pierwszych utworów. Znów jest gitarowo, kojąco i po prostu pięknie, z chwilami emocjonalnego przesilenia i spokoju.
Nie wiem kiedy zdołałam dopić kawę, pochłonąć obiad i położyć się odłogiem na podłodze, ale doskonale pamiętam moment, kiedy pod wpływem watersowej muzyki coś ścisnęło mnie w serduchu, łzy dobiły się do powiek, a ja śmiejąc się w głos te łzy wypuszczałam z siebie, nie wiedząc w zasadzie co się dzieje i dlaczego. Czy to „Is This The Life We Really Want?” działa na mnie jak dobry narkotyk czy może pani Krysia z osiedlowego spożywczaka posypała czymś ziemniaki. Nie wiem. Stało się jednak tak, że przy znów bardziej dosadnym, ale nadal pięknym „Is This The Life We Really Want?” zaczął padać deszcz. Ciężkie krople uderzały o blaszany parapet, a do pokoju wdzierał się słodki zapach powietrza przesiąkniętego ozonem. W dodatku tak przyjemnie ciepłego, letniego. Leżałam na dywanie i czułam się mniej więcej jak kandydatka do egzorcystycznego zabiegu, obcująca z czymś ponad i poza.
Czy nowa płyta Rogera Watersa ma w sobie coś ze starego Pink Floyd? Ma, ale czuć to dopiero przy „Smell the Roses”. Z ostrym, gitarowym zacięciem, charakterystycznymi, lirycznymi pauzami i fajnym flow. Pozostałe utwory z „Is This The Life We Really Want?” są jednak bardzo watersowskie. Przestrzenne, spokojne, stworzone z precyzją i w każdym calu przemyślane. Ma to sens, kiedy weźmie się pod uwagę fakt, że od ostatniego, studyjnego albumu Watersa minęło aż 12 lat.

I szczerze, nie mam pojęcia czy ta płyta może się Wam spodobać. Jak w przypadku innych albumów – metalowych bądź nie – potrafiłam być jako tako obiektywna, w jakimś zakresie zdolna przewidzieć Wasze reakcje, tak tutaj nawet o gramie obiektywizmu nie ma mowy, a Wasze zdanie jest dla mnie jedną, wielką niewiadomą. Dla mnie „Is This The Life We Really Want?” okazało się doskonałym akompaniamentem szczęścia, a dla Was?
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!