Od momentu zamieszkania w Gdyni zasypuję Was głównie radością związaną z tą zmianą. A to spójrzcie jaki mam piękny widok z okna. A to poobserwujcie ze mną lekko wzburzone morze. Bo Gdynia to piękne miasto, i każdego dnia zakochuję się w nim jeszcze bardziej. Istnieje jednak rzecz, o której nie pomyślałam uciekając z dość znienawidzonego Koszalina. I która tutaj, od blisko dziewięciu miesięcy strasznie mnie uwiera. Choć przez długi czas nie chciałam się do tego przyznać.


Nowe miasto –> brak znajomych

O tym, jak bardzo do szczęścia potrzebujemy innych ludzi, przekonałam się dopiero w tym roku. Kiedy rozpakowałam walizki w nowo wynajętym pokoju w Gdyni, rozłożyłam się na łóżku i wpatrzona w sufit pomyślałam – przecież wraz z ucieczką ze znienawidzonego miasta uciekłam również od wszystkich moich znajomych.

Nie będę Was oszukiwać – nigdy nie byłam przesadnie zainteresowana utrzymywaniem kontaktu z ludźmi. W Koszalinie jednak, chcąc nie chcąc, spotykało się ze znajomymi. A to na uczelni, a to w pracy, a to przypadkiem na mieście. Czasami ktoś zadzwonił, że akurat przechodzi niedaleko i czy może wpaść na herbatę. Najczęściej ze zwykłej uprzejmości się zgadzałam. Ale to właśnie w taki sposób dość nieświadomie zaspokajałam w sobie potrzebę obcowania z ludźmi.

W Gdyni tego nie mam. Nie mieszkają tutaj osoby, które mogłabym znać jeszcze ze szkolnej ławy. Tutaj nie stacjonują nawet znajomi poznani przez bloga. Gdynia, choć piękna, jest moim martwym punktem na mapie Polski. Choć daje mnóstwo szczęścia i zaspokaja moje potrzeby estetyczne, wierci w brzuchu sporą dziurę o nazwie samotność.

W dorosłym życiu trudniej o znajomych

Sprawa jest tym poważniejsza, że w dorosłym życiu trudniej o nowych znajomych. Jeśli chadzasz na imprezy i potrafisz zagadać do nowo napotkanej osoby w pubie lub na siłowni – spoko, prędzej czy później coś z tego wyjdzie. Ja tę szansę upatrywałam w pracy i studiach. A okazało się, że w tym roku przeszłam w 100% na pracę freelancera, wykonywaną w domu, a studia magisterskie odłożyłam na przyszły rok. Nawet fitness uprawiam w zaciszu własnego pokoju. Nie zmusiłam się więc do użerania, a mimo to niezbędnego obcowania z ludźmi. I teraz za to płacę. A cena jest prosta – ciut pogorszone samopoczucie i suchość w ustach.

Jeśli więc macie w planach przeprowadzkę do nowego miasta, zastanówcie się jak istotną rolę odgrywają w Waszym życiu obecni znajomi. I nawet jeśli dojdziecie do wniosku, że niewielką, to uwierzcie – w nowym miejscu Wam ich zabraknie. Dlatego zabierzcie chociaż jedną osobę ze sobą. Spakujcie ją do walizki. Albo postarajcie się, żeby na miejscu ktoś na Was czekał. Ktoś poza kobietą/mężczyzną, z którym jesteście i dla której prawdopodobnie się przeprowadzacie. Bo owszem, ta osoba zadba o Was w wielu kwestiach – choćby domowego ogniska i miłości, ale do zwykłej pogadanki przy piwie lub herbacie potrzeba osoby trzeciej. Takiej, która podziela ważne dla Was pasje i która rozmową wniesie do Waszego życia trochę nowości. Która pozwoli sobie doradzić i pomóc i dzięki której trochę odetchniecie od związku. Choćby spędzając kilka godzin w tygodniu na z pozoru nieistotnych pogawędkach o głupotach.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!