Uwielbienie zespołu lub wykonawcy ma swoje etapy. Ostatnim z nich jest poszukiwanie takich występów, które może nie pasują do uwielbianych muzyków, może są idealnym dopracowaniem ich dorobku, ale których, bez względu na cokolwiek, słucha się z równie wielkim sentymentem, co całej dyskografii. I o tym będzie dzisiejszy wpis – o sentymentach, o koncertach. Ogólnie rzecz ujmując, mój TOP 3 Unplugged.

Alice In Chains – 1996

Grali, śpiewali, żartowali. W mroku, fiolecie i blasku długich świec. Jerry Cantrell, Mike Inez i Sean Kinney – długowłosi, uśmiechnięci, pełni energii, a jednak jakby tworzący tło dla głównego aktora przedstawienia – Layne’a Staley’a. Od niego to dopiero buchał mrok i bezsilność.  Był jak ołtarz w kaplicy muzycznej sztuki. I mimo świetnego zgrania zespołu, czuło się odrębność Layne’a od reszty. Jakby przyszedł tam zupełnie z innych powodów niż pozostali. Kto wie. Umysłu tak zniszczonego nie sposób odgadnąć. Za to napis na basie Mike’a owszem – Friends don’t let friends get friends haircuts…”. Z dedykacją dla członków zespołu Metallica, obecnych na widowni. Kto wie, ten zrozumie.

Nie jedną łzę wylało się przy „Facelift”, nie jeden wieczór spędziło z „Dirt”. Sentyment do zespołu w jego pierwszej odsłonie i do Unplugged – ostatnego występu Layne’a nim stał się nieśmiertelny.

Pearl Jam – 1992

Z tym koncertem to zupełnie co innego. Tak, jak od Alice In Chains emanował mrok, smutek i ciężar, tak od Pearl Jamu bije urok i niewinność. I na myśli mam nie tylko twarzyczkę Eddiego i jego świetne machnięcia czupryną, ale całą ich grunge’ową otoczkę. Stworzyli jeden zwarty i idealny organizm. Instrumentowo – ludzka symbioza, której efektem są właśnie takie wykony.

Niektórzy powiedzieliby, że przecież grunge to żadne bezprądowe pitu pitu. Że ma być przester i warkot. I kij w oko tym niektórym. Pearl Jam jest świetny w każdej odsłonie – czy to podczas Pinkpopu w 1992 czy nowych/starych występów live z pomarszczonym Eddiem.

Swego czasu byłam uzależniona od koncertu Unplugged. „Alive” uczyłam się grać, przy „Black” płakałam, a przy „State Of Love And Trust” tańczyłam na środku pokoju skacząc i machając po metalowemu włosami. Radosny ten sentyment. I wieczny, jak się okazało.

Eric Clapton – 1992

Z klasykami zawsze mam ten problem, że boję się o nich pisać. Bo napisać coś złego to wręcz grzech i niemożliwość. Powiedzieć dobrze też źle, bo ile można czytać same dobre opinie. Czytelnik szybko się nudzi. Trzeba zapewniać mu frajdę, ale i relaks, jak w parku rozrywki. Mam więc nadzieję, że przy Ericu Claptonie potraktujecie mnie łagodnie i wsiądziecie razem ze mną na tę karuzelę sentymentu. Bo umowa jest prosta – ja oszczędzę Wam patetycznej gadki, a Wy przesłuchacie przynajmniej kilka utworów z tego koncertu, zgoda?

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!