Zaczęło się tak…

Za kruczym black metalem nie przepadam. Sprzedam Ci to za piątkę – powiedział kilka tygodni temu Jarosław, chwilę po tym, jak podeszłam do jego stoiska na giełdzie muzycznej złakniona płyt jak rekin świeżej krwi. Podsunął mi SILVA NIGRA bliżej, pod sam nos, jakby widząc, że na zakup jestem już zdecydowana. Fakt, pokerowa twarz to nie moja specjalność. I rzeczywiście, nie zastanawiałam się zbyt długo, bo okładka i czeskie, egzotyczne literki wystarczająco mnie zachęciły. Kupiłam. Dziś SILVA NIGRA udało mi się włączyć.

Silva Nigra – przepis na chłód i ból

Już przy pierwszym utworze temperatura w pokoju niebezpiecznie spadła. Na szyby mokre od popołudniowego deszczu wkradł się mróz, a niebo zaczęło kurczyć się pod ciężarem czarnych chmur. Zasłuchana w „kruczym black metalu” pociągnęłam łyk czekoladowego mleka, a to, mimo że zawsze słodkie tym razem smakowało jak smoła przemieszana zardzewiałym gwoździem. Gdybym cofnęła się w czasie o kilkanaście lat reklamy nie głosiłyby hasła „pij mleko, będziesz wielki”, a „ból i niesmak zwiększają odporność i chronią kości przed złamaniem”.

Nie zły, a smutny black metal

Co do samej płyty, „Světlonoš” to nie black metal zły, a smutny. Łatwiej przy nim popełnić samobójstwo niż wyjść na ulicę z tasakiem i zarzynać staruszki wracające z wieczornej mszy. SILVA NIGRA najnowszym, zeszłorocznym albumem nie tworzy rozłamu w gatunku, a opierając się na tym, co znane oferuje muzykę ponurą i duszną. Zawrotne tempo kreowane przez blasty i podwójną stopę pojawia się tylko czasami, gitary są bardziej melodyjne niż surowe, a wokal też do „kruczych” nie należy. Umiejscowiony jest gdzieś pośrodku obłędu, będącego lekką nerwicą, ale nie chorobą psychiczną.
Słuchając „Světlonoš” nie tracę oddechu z powodu melodyjnej ciasnoty. Jest w tym sporo przestrzeni, która sprawia, że tej muzyki słucha się po prostu lekko i przyjemnie (jeśli o przyjemności w tym przypadku można w ogóle mówić) i nie wymaga ona łez, biczowania czy tańczenia z pochodnią w ręku. Jak na tak ekstremalną estetykę prezentowaną i przez samych muzyków i okładkę wszystko jest dość delikatne. Czy „Světlonoš” mi się nie podoba? Słucham jej jednak już piąty raz, więc wychodzi na to, że podoba. Bo w muzyce nie zawsze potrzebuję ekstremum, które wbije mnie w materac łóżka i wyssie z serca ostatnie pokłady dobroci. Czasami, pewnie z wygody i sentymentu, przypada do gustu to, co pośrodku i co dobrze znane.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!