Główna gwiazda zjedzona przez supporty – to zjawisko, którego niezbyt często jestem świadkiem, ale które (nie)stety miało miejsce podczas czwartkowego koncertu Stoned Jesus, Red Scalp(zmiana), Octopussy / 05.04.2018 / Gdynia.

Pierwszy support – trójmiejski Octopussy. Zaprezentowali się jako wyraziści, charyzmatyczni, utalentowani muzycy, którzy, mimo że podpinani wyłącznie pod stoner rocka, z należytą gracją nurzają się w wodach hard rocka i południowego bluesa, wykonując w nich, co z tego znane już wszystkim wygibasy, skoro bardzo ładnie prezentujące się w oczach zebranej na brzegu publiczności. Odnoszę wrażenie, że OCTOPUSSY to jeden z tych zespołów, obok którego nie przechodzi się obojętnie. Kiedy już ma się okazję zobaczyć ich na scenie i poczuć na twarzy ciepło bijącego od nich blasku, to ten blask człowieka pochłania. Mnie pochłonęło. Do tego stopnia, że chwilę po koncercie kupiłam ich drugą płytę – „Dwarfs & Giants”. Bardzo przyjemną w pierwszych odsłuchach, ale niestety dość… oczywistą? Nie ma w niej tych pokładów tajemniczości i drugiego dna, które chciałoby się odkrywać, zarywając wieczory na wielogodzinnym słuchaniu. Nie mniej jednak, OCTOPUSSY tworzy muzykę dobrą, a koncertowo wypada bardzo dobrze. Gdybym miała okazję zobaczyć ich w Gdyni jeszcze raz, wybrałabym się. I myślę, że koncertowa forma reklamy jest najlepszą, jaką ten zespół może wybrać. Nie zabawy w internetową działalność, nie narcystyczne spotkania z fanami, a po prostu koncerty – w ich stonerowo/hardrockowo/bluesowym stylu, który przemawia najskuteczniej.

Drugim zespołem, po lekkich zawirowaniach organizacyjnych, okazał się Red Scalp. „We’re playing stoner doom music with indianish spirit and sabbath legacy.” – czytam w ich opisie na bandcamp.com. I kurczę, rzadko kiedy trafia się na charakterystykę, która tak dokładnie oddaje ducha granej przez zespół muzyki! Oni rzeczywiście są jak mężczyźni, w których tknięto indiańskie dusze, przez lata zasłuchani w dokonaniach Black Sabbath, którym do rąk dano kilka instrumentów, w tym, uwaga, także saksofon, i powiedziano – to pograjcie teraz coś stonerowego. RED SCALP w gdyńskim „Uchu” zrobili transowe, narkotyczne, egzotyczne show, które pochłonęło nie tylko tych naćpanych, ale i trzeźwych myślami, nie tylko tych, którzy znali już ich dotychczasowe dokonania, ale również tych, którzy przeżywali debiutanckie spotkanie z ich koncertową muzyką. Krótko mówiąc, najlepszy występ tego wieczoru. Mniej „feelingowe” granie niż OCTOPUSSY, ale za to sprawiające wrażenie bardziej dojrzałego, profesjonalnego i nowatorskiego. I na pewno bijące na głowę główną gwiazdę wieczoru, czyli Stoned Jesus…

Ukraińscy stonerowcy zaprezentowali się w moich oczach tak, jak na największych stonerowych nudziarzy przystało. Wolne, podbite gitarowymi efektami riffy, które nie wbijały się w głowę jak naostrzony przed chwilą tasak, a waliły – jak tępy kołek zabrany z pobliskiej szopy. Przez cały występ nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ich muzyczne dokonania, przypadkowo podbite przez algorytm YouTube’a (utwór „I’m The Mountain” niedługo osiągnie 10 mln wyświetleń), wcale nie są tak dobre, jak mogłoby się wydawać. Owszem, muzyka bardzo skoczna, co zostało należycie docenione przez przybyły na koncert tłum, ale momentami tak bardzo nużąca, że gdybym nasunęła kaptur szczelniej na oczy, mogłabym śmiało odpłynąć w głęboki sen, nawet z wrzeszczącymi facetami po lewej i zbyt energicznie ocierającymi się o siebie kobietami po prawej.
Chyba nie od dziś wiadomo, że w stonerze cholernie łatwo o zanudzenie słuchacza. Więc, moim zdaniem, muzycy tym bardziej powinno szukać innowacji i drogi, która pozwoli nadać ich muzyce choć odrobinę porywającej oryginalności. RED SCALP to zrobiło, OCTOPUSSY, choć w mniejszym stopniu, również, a STONED JESUS? Według mnie na dobre chwycili się już ogranych na amen motywów i dryfują z nimi po stonerowych morzach, zamiast choćby tak, jak OCTOPUSSY robić jakieś wygibasy i intrygować odbiorcę. Nawet utwory z nadchodzącej płyty, które zdecydowali się zaprezentować po raz pierwszy na polskiej trasie, określane przez wokalistę mianem „eksperymentalnych”, obok muzyki eksperymentalnej nie leżały. Wybaczcie, ale w moich oczach (uszach?) to nie ten poziom muzycznej dojrzałości, nowatorstwa i odwagi, by można nazwać to eksperymentalnym.
Koncert utwierdził mnie w przekonaniu, że STONED JESUS najlepiej, bo chociaż przyzwoicie, brzmi w domowym zaciszu, puszczone z CD lub YouTube’a. Stanowi fajne, bo energiczne tło dla innych przydomowych czynności. Nic poza tym.

Czwartkowa, wieczorna wizyta w „Uchu” poskutkowała więc tym, że zauroczyłam się trójmiejskim OCTOPUSSY, nabrałam szacunku do RED SCALP, a co do STONED JESUS tylko utwierdziłam się we wcześniejszej, wtedy trochę na wyrost stworzonej opinii.
Supporty pożarły główną gwiazdę. Jednym kęsem, bez popitki i z głośnym beknięciem, potwierdzającym własną klasę i wskazującym miejsce w kącie temu zjedzonemu.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!