Kiedy zobaczyłam zapowiedź koncertu Strachów, serce z radości podskoczyło mi do gardła. Bo czy można nie cieszyć się z nadchodzącego spełnienia jednego z młodzieńczych marzeń i to jeszcze bez wyjazdów, bo w samym Koszalinie? Jasne, że nie. Bilet kupiłam jeszcze tego samego dnia, zaznaczając na czerwono w kalendarzu 25 marca.

Czas jednak pokazał, że i z ogromnymi chęciami może sobie poradzić. Im dzień koncertu był bliższy, tym moje przekonanie o uczestnictwie w nim malało, a w sobotę myślałam o sprzedaży miejscówki. Dlaczego? Obawiałam się, że poza radiowymi hitami pokroju „Dzień dobry, kocham Cię!” i „Piła Tango” nie zagrają nic, co mogłoby mnie uszczęśliwić, a publika będzie obciachowa do tego stopnia, że zechcę schować się za samym Grabażem. I nie zachęcał do tego pomysł na koncert krzesełkowy zorganizowany w kinowej sali CK 105. Koncert na siedząco? To chyba przekraczało granice mojej wyobraźni. Tym bardziej, że do tej pory spędzałam je wyłącznie w sporych tłumach, wepchnięta między włochatego olbrzyma, a wypindrzoną do granic lalę. Nie lubię jednak rezygnować z wcześniej określonych postanowień – dlatego wepchnęłam bilet do kieszeni i na półtorej godziny przed koncertem wyszłam z domu, kierując się w stronę klubu, a po drodze wlewając w siebie kilka piw.

Koszalin – miasto koncertowo wymarłe?

Koncertowych miejscówek w Koszalinie jest niewiele, a odkąd zamknięto Kreślarnię (klub studencki), nie wiem czy jest ich więcej niż trzy. Oczywistością więc jest, że w Centrum Kultury 105 odbywa się większość muzycznych widowisk. A na pewno tych o większej randze. I jak sam pomysł na koncert Strachów w CK mnie nie mierził, tak realizacja go w sali kinowej wypełnionej krzesełkami już tak. Ale nie ma tego, co by na dobre nie wyszło – powiadają. Z tym nastawieniem weszłam do środka z 10 minut przed startem. Zajęłam swoje miejsce i w milczeniu na ustach, a wariacjach w głowie czekałam.

Start z wysokiego stopnia

Jak to na gwiazdy wielkiego formatu przystało, tak i Strachy na Lachy musieli wejść na scenę z co najmniej piętnastominutowym opóźnieniem. W żaden sposób mnie to jednak nie zniechęciło, bo już jako świadek ostatnich dźwiękowych prób wiedziałam, że pod względem nagłośnienia będzie co najmniej dobrze. Grabaż – w niebieskich, podziurawionych dżinsach i długim, czarnym czymś na wzór swetra wdrapał się przed mikrofon, puszczając w stronę publiczności oczko i dając znać, że starań ze strony muzyków nie zabraknie. Reszta ekipy? Chwycili zdecydowanie za swoje brząkadła i na „raz, dwa, trzy’ rozpoczęli utworem „Cygański Zajeb”. Tę wyraźną linię basową w tle wersu „Wszystko samo za mnie się robi” poznam prawdopodobnie wybudzona litrem zimnej wody w środku nocy. Prawie jak modlitwę Ojcze Nasz w czasach podstawówki.
Już po tym pierwszym utworze można było odnieść wrażenie, że chłopcy za Koszalinem to się stęsknili. I nie tylko oni. Nie było ich u nas aż 7 lat, o czym doskonale przypominała publika, nagradzając każdą piosenkę naprawdę głośnymi brawami. Sama klaskałam, a to zdarza mi się stosunkowo rzadko.
Drugi utwór – „Dzień dobry, kocham Cię”. Cóż. To był ten moment, w którym przypomniałam sobie, dlaczego tak bałam się tego sobotniego wieczoru. Jak dla mnie zestawienie obeszłoby się doskonale bez tej piosenki, a może nawet na tym zyskało. Wierzę jednak, że to był niezbędny do powszechnego zadowolenia przejaw komercji, na który Grabaż i reszta zdecydowali się zupełnie świadomie. Grażyny i wystrojone, widocznie niezaspokojone panie po czterdziestce mogły sobie pośpiewać i potupać, by w dalszej części koncertu zostawić miejsce dla prawdziwych fanów i tych choć powierzchownie znających dyskografię zespołu i wiedzących, że twórczość Strachów nie zamyka się w radiowych numerach.

Strachy na Lachy

A później było już tylko lepiej. Kiedy wybrzmiały pierwsze numery z „Dodekafonii”, wiedziałam, że przedkoncertowy strach był jednak totalną głupotą. Na pewno znacie ten moment, w którym na scenie odgrywa się Wasza ulubiona płyta, a jedyne, co czujecie to niesamowita dawka energii kotłująca się w ciele i uśmiech pokonujący wargami granice szerokości. To poczułam i ja, kiedy Grabaż w towarzystwie świetnego instrumentalium wyśpiewał całą „Dodekafonię”, „Chory na wszystko” i „Dziewczynę o chłopięcych sutkach”, wieńcząc to jednymi z najbardziej dynamicznych utworów w całej dyskografii – „Ostatki” i „Żyję w kraju”. Gitara elektroakustyczna łomotała, perkusja utrzymywała podobny krok, a mocno dzierżony bas pokazywał, że odgrywa równie znaczącą rolę, co cała reszta. Nie brakowało ani klawiszy ani harmonijki ustnej. Całość rysowała się więc różnorodnie – jak to u Strachów bywa, nie tracąc za grosz na atrakcyjności.

Powszechnie znane i lubiane

Po szeregu najlepszych utworów przyszła pora na piosenkę, owszem, zajmującą pierwsze miejsce, ale w zestawieniu tych najbardziej popularnych – „Czarny chleb i czarna kawa”. Numer oklepany już wręcz do bólu, najczęściej podczas alkoholowych wieczorów, kiedy jeden ze znajomych, choć minimalnie ogarniający akordy, chwyta za leżącą obok gitarę. Tekst wyśpiewał nawet pan siedzący obok mnie, wyglądający na co najmniej nieskorego do jakiejkolwiek zabawy. Ale o to właśnie w tym chodzi, nie? Jak to powiedział Grabaż – „Są takie utwory, które nie wiadomo dlaczego, ale są powszechnie znane” i te słowa opisały zastaną sytuację doskonale.

Wchodzili i wychodzili

Gdyby jakość zespołu oceniać pod względem odegranych bisów, to Strachy zwyciężyłyby tamtego wieczoru złotą statuetkę. Dwukrotnie schodzili ze sceny po to, by za chwilę na nią wrócić i za pierwszym razem odegrać chyba tylko to, co i tak zagrać zamierzStrachy na Lachy Dodekafoniaali – niezależnie od reakcji publiczności, a za drugim nowy numer z nadchodzącej płyty „Grabowski”, znany wszystkim „Piła Tango” i najstarszy (straszy niż sam zespół) „Raissa”. Nowy utwór? Tekstowo tworzący swoistą autobiografię wokalisty, muzycznie bardzo w stylu Strachów, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że nadchodzący album przypadnie mi do gustu. Może nie tak, jak „Dodekafonia”, bo to chyba niemożliwe, ale jak „Strachy na Lachy” na pewno.
Co do pierwszej płyty zespołu („Strachy na Lachy”), utworów z niej też nie zabrakło. Ci, którzy lubią „Idzie na burzę, idzie na deszcz”, „Miłosną kontrabandę” i „Dygoty” mogą żałować, że tego wieczoru nie byli w koszalińskim CK. Ja gdybym nie poszła, żałowałabym. Pewnie mocniej niż jestem sobie w stanie to teraz wyobrazić.

Dobra frekwencja to ta atrakcyjna?

Frekwencja była zadziwiająca duża. Niezdolna zapełnić katowickiego Spodka po brzegi, ale każdy mniejszy klub na pewno. Kobiety, mężczyźni, dzieci mniejsze i większe. Różnorodność. Ten, kto wątpi w możliwości koszalińskiej publiki powinien tam być i widząc tych wszystkich ludzi, puknąć się w czoło. Trzeba jednak przyznać – jej poziom pod względem zachowania czy obycia z muzyką Strachów zbyt wysoki nie był, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Wszystkie bilety się sprzedały, Koszalin żył pełnią kulturalnego życia choć przez dwie godziny, a zespół zarobił pieniądze, na które zasłużył. Przemyślanym setem, rzetelnym przygotowaniem i wykonaniem, które zachwycało nawet najbardziej wymagających zwolenników ich grania.
Po wyjściu z sali kupiłam wszystkie płyty, których jeszcze na półce nie mam, a po powrocie do mieszkania przemaglowałam „Dodekafonię” trzy razy – śpiewając, uśmiechając się i zaznaczając ostrą czerwienią datę 25 marca w myślowym pamiętniczku. W zestawieniu najlepszych koncertów (niemetalowych) ten sobotni przez długi czas utrzyma się na pierwszym miejscu, podwyższając poprzeczkę pozostałym, mniej lub bardziej lubianym przeze mnie kapelom i przypominając o sobie. Regularnie.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!