Minęła godzina 18. Słońce nie świeci już na tyle mocno, by rozgrzewać maski aut do czerwoności, jednak powietrze przez kilka godzin upału zdążyło nagrzać się do tego stopnia, że zlewa z człowieka litry potu i zabiera dech. Na wpół z brakiem kondycji.
Wracam ze sklepu, z cholernie ciężkim plecakiem pełnym mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy, jednym słowem – zakupów. Idę z kolegą, tą ulicą, którą każdego innego dnia przemierzam, kierując się w stronę przystanku, a docelowo biura. Mijamy remontowane domy otoczone pordzewiałym rusztowaniem i bloki, którym remont zdecydowanie by się przydał, bo swoją brzydotą przytłaczają nawet piękno przyrody już żyjącej w pełni. Przechodzimy obok Żabki, sklepu spożywczego „Grażyna” i placu zabaw, a na wysokości odchodzącej w bok, mniejszej ulicy mijamy starszego pana. Na oko? Lat 45. Długie, ciemne, przerzedzone i tłuste jak smalec włosy, spalona słońcem skóra, brudne i zniszczone pracą dłonie. Na stopach rozklekocone, ciemne adidasy, na dupsku jasnozielone bojówki, a wyżej czarna koszulka z logo Slayer. Gdybyście zastanawiali się, jak to wszystko dojrzałam zaledwie mijając typa na ulicy – cóż, dobry ze mnie obserwator. A gdy widzę metalowy potencjał to jeszcze lepszy.

Pan zmierzył mnie uważnie wzrokiem, takim, w którym więcej poważania i serdeczności niż złowrogich intencji obcego. Pewnie dojrzał logo Nile na mojej koszulce (choć wpadłam na to ciut później, bo przez ten upał to zapomniałam, że mam na sobie jakąkolwiek koszulkę). Uśmiechnął się, skinął leciutko głową, poszedł dalej. Ja, chcąc nie chcąc, uśmiech odwzajemniłam i przeciągnęłam go jeszcze na kilka następnych chwil. Dojrzał to kolega i od razu rzucił pytaniem:

– Co się tak cieszysz?
– A bo swój to swojego szybko pozna – odpowiadam, czując jak ciepło ludzkiej serdeczności rozlewa mi się po serduszku.
– Masz na myśli tego brudasa, którego przed chwilą minęliśmy? – dopytuje kumpel, nie ukrywając tego, że metalowa brać raczej wywołuje jego rechot niż podziw.
– Czemu od razu brudasa? Nosił koszulkę Slayer, z uśmiechem spojrzał na moją koszulkę Nile. To po prostu fajne – odpowiadam. I choć uśmiech z mojej twarzy już zniknął, to oczy zrobiły się tak jakby maślane, jakby z rozmarzenia.
– To mogłaś go spytać, z jakiego śmietnika wyciągnął tę koszulkę – kontruje kumpel i z tego, co pamiętam, kończy w ten sposób rozmowę, nie wierząc, że ten Slayer to tak naprawdę i że facet z muzyką to też naprawdę.

Zamyśliłam się wtedy i ostatecznie doszłam do wniosku, że kolega to może miał rację? Skąd pewność, że facet noszący na piersi logo Slayer rzeczywiście ma coś wspólnego z muzyką metalową? Wyglądał jak obdartus. Mógł dostać tę koszulkę w prezencie, w darze z Caritasu albo ukraść ze śmietnika ustawionego obok jednego z tych pięknych, odremontowanych, osiedlowych domków. O Slayer mógł nigdy nie słyszeć, a z metalem mieć tyle wspólnego, ile kiedyś przetargał go na budowie.
Ale tak już jest – że ze zdecydowanie większą dawką serdeczności podchodzę do kogoś, kto na pierwszy rzut oka może być związany z metalem. Jakbym już z góry zakładała, że jest duszą bardziej mi bliską niż chłopak w sweterku spotkany w pociągu. Jakbym czuła z nim jakąś więź, nadawała na podobnych falach, dzieliła fascynacje tymi samymi rzeczami i gardziła podobnymi.

Ale kurczę, bądźmy szczerzy, to jedna, wielka ściema! I żeby nie było, zrozumiałam to już kilka lat temu, na chwilę przed powstaniem tekstu „Jestem pozerem”.
Kiedy prześledzę swoje całe życie, a w zasadzie wiek nastoletni i odrobina życia dorosłego, to najwięcej przykrości spotkało mnie właśnie ze strony metali. I to właśnie dlatego, że do nich już na samym początku, jak z automatu, wypracowywałam sporą dozę ufności, na którą ludzie, będący przedstawicielem innego środowiska musieli sobie zapracować czynami i postawą – i albo to robili, albo nie. Do metalowców podchodziłam z sercem wyłożonym na otwartych dłoniach, podczas gdy w stosunku do innych chowałam je jeszcze szczelniej za żebrami.

I teraz, cóż, nadal często uśmiecham się do napotkanych na mieście metalowców (a raczej ludzi, którzy na tych metalowców wyglądają), ale w głębi jestem o wiele bardziej sceptyczna niż wcześniej. Nie łudzę się, że jeśli zdobędę przyjaciela, to będzie on zagorzałym fanem Dissection i że jeśli zwiążę się z facetem, to tylko z takim, który będzie miał wydziarane logo Black Sabbath na piersi. Owszem, wspólne zainteresowania to fajna sprawa, ale ostatecznie najwięcej zawdzięczam ludziom spoza – bo pokazywali mi inne fascynacje, bo poszerzali moje horyzonty, bo intrygowali swoją, własną i odmienną od mojej pasją. No i pewnie dlatego, że nie mieli okazji sparzyć mnie już na samym początku.
Swoją drogą, teraz zastanawiam się czy ten pan rzeczywiście wiedział cokolwiek o Slayer, czy koszulkę nosił tak dla picu i z konieczności. Gdynia to nie Nowy York, może kiedyś go jeszcze spotkam?

PODZIEL SIĘ

2 KOMENTARZE

  1. Ja swoją sytuację już opisałem Ci na FB, ale kiedyś gdzieś koło 1999 roku też miałem podobną sytuację, akurat byłem w koszulce Limbonic Art, btw pierwsza kapela BM którą poznałem i w sklepie na dworcu PKS kupowałem nową świeżutką kasetę „Spiritual Black Dimesions” kasetę mam do dziś ;), zaczepił mnie jakiś lekko brudny koleś w koszulce chyba Darkthrone, ja wtedy kinder-metal byłem przestraszony trochę, ale jakoś od kapeli do kapeli gadka zaczęła się kleić i poznałem dzięki niemu kilka kapel których nie znałem, a to był schyłek lat 90 więc internetu nie było, nie można było obadać, tego czy tamtego, tak btw, tamta sytuacja była ciekawa i dała mi do myślenia.

  2. Wszystko przez to, że jeśli spotyka się osobę o podobnym guście muzycznym, to łatwo pominąć te jego wszystkie negatywne cechy tylko dlatego, że w końcu mam z kim pogadać o muzyce. Też mnie nie raz spotkały nieprzyjemne sytuacje i to najczęściej z ludźmi o podobnym guście muzycznym.

Zostaw po sobie ślad!