Nie nazywam siebie nerdem ani żadna ze mnie fanka kinematografii. Jednak seriali trochę w moim krótkim życiu widziałam, kilka razy chłopcy zabrali mnie na randkę do kina, a czasami zdarzało się coś obejrzeć z laptopem na kolanie. Chcąc nie chcąc, liznęłam tego ekranowego świata. A że lubię łączyć przyjemne z pożytecznym to pomyślałam, że zarzucę Was spisem tego, co w serialu lubię najbardziej, czyli soundtrack.

Nie jest to zadanie tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Nie potrafię pisać o soundtracku nie poruszając przy tym fabuły, dlatego przygotujcie się na ich małe opisy. Większość z tych propozycji na pewno znacie, więc macie idealną okazję, by zasypać mnie swoimi opiniami!

* Kolejność pozycji jest totalnie przypadkowa.

Obrazek z serialu Californication przedstawiający głównego bohatera o imieniu Hank

Californication

O Californication i Hanku pisałam już kiedyś (sprawdź!). Nie rozwodziłam się tam jednak nad muzyką, która, ogólnie rzecz ujmując, jest bardzo dobra! Ktoś, kto odpowiedzialny był za dobór ścieżki dźwiękowej do tego serialu odwalił kawał porządnej roboty. Wybrał spośród klasyków brzmienia, takich jak: The Doors, Elton John, Whitesnake, Black Sabbath czy Metallica. Bezpieczny zabieg, bo każdy jest w stanie znaleźć coś, co lubi i tym samym przywiązać się do serialu jeszcze bardziej.
Od innej strony to zachodząc, muzyka była bardzo dobrze sklejona z fabułą. Pełniła rolę pięknej ozdoby i uzupełnienia – w przeciwieństwie do sporej ilości seriali, w których soundtrack i scenariusz zdają się być dwiema osobnymi częściami ciągniętymi przez ludzi nie mających pojęcia o tym, co robią. Ale w Californication? Każdy dźwięk jest dopieszczony do samego końca, wyważony w taki sposób, by zaspokajał pragnienie widza, ale jednocześnie pozostawiając za sobą słodki niedosyt. W taki sposób główny bohater serialu, Hank Moody, przemierza słoneczne Los Angeles swoim porsche z Black Sabbath w głośnikach, a zakończenie kolejnej książki świętuje pijąc whisky i słuchając Warrena Zevona.

 

Obrazek z serialu True Detective przedstawiający drzewo na środku szarego, pustego pola

True Detective

Nie wiem czy słabość do utworu z czołówki można nazwać ulubionym soundtrackiem, ale… jest tak dobry, że musiałam wspomnieć. The Handsome Family, bo do nich należy numer z początku, to amerykański duet zajmujący się alternatywą country i folkiem. Spokojne granie z uroczo drażniącym wokalem, z typu muzyki idealnie relaksującej przed snem. „Far From Any Road”, numer z czołówki, różni się jednak od pozostałych. Jest bardziej zadziorny, szybszy, rytmiczny, z głosem łagodnie wdzierającym się w duszę i płynącym jak po gładkiej powierzchni jeziora.
W pewien sposób oddaje to klimat serialu. Oglądaliście? True Detective, jak sama nazwa może wskazywać, to serial detektywistyczny, ale nie taki, co to opowiada w banalny sposób jakąś tandetną historię całkowicie wyrwaną z realiów, której koniec da się przewidzieć już po pierwszym dialogu. Załoga się postarała, bo bohaterowie tworzą ciekawe obrazy psychologiczne, a kadry przechodzące z ciasnych w szerokie, z jasnych w mroczne tworzą idealną relację widza z serialem, biją go po głowie napięciem zmieszanym z ciekawością.
Co warte uwagi, serial ma dwa sezony, z czego drugi jest zupełnie inną i zdecydowanie gorszą historią. Ja polecam Wam wyłącznie pierwszy i z niego jeden utwór – „Far From Any Road” duetu The Handosme Family.

 

Obrazek z serialu Penny Dreadful przedstawiający dwójkę głównych bohaterów - Vanessę Ives i Ethana Chandlera

Penny Dreadful

Polska muzyka ma się dobrze – piszę to wbrew powszechnie panującym opiniom. Na wysokim poziomie są nasi rockowcy, metalowcy, ale i kompozytorzy filmowi. Abel Korzeniowski, a właściwie Adam Korzeniowski – znacie? Powinniście. To on jest odpowiedzialny za cały magiczny soundtrack z Penny Dreadful. Spora odpowiedzialność – stworzyć muzykę do serialu tak mrocznego, ale w sposób taki, żeby nie zrównać go tym samym z pozostałą szarą, horrorową masą. Bo nie oszukujmy się, ścieżka dźwiękowa pełni w kinematografii ogromną rolę. Najczęściej to, czego aktorzy nie są w stanie zagrać, dopełnia się konkretną melodią. Albo potęguje dobre aktorskie zagrywki wbijając widzów w krzesła.
Abel Korzeniowski stworzył soundtrack godny miana arcydzieła. Rozbudowane ciągi, humorzaste linie fortepianu, figlarne przyspieszenia lub zmysłowe przeciąganie konkretnych nut. To tęsknota i piękno, miłość oraz nienawiść zamknięte w kilku liniach melodycznych. W niektórych scenach dźwiękami potęgował nieprzyzwoitość bohaterów tak, że aż przyprawiał mnie o rumieńce. W innych mrok Vanessy Ives, głównej postaci, podbijał na taki poziom, że czułam obcowanie z Szatanem tak samo, jak ona.
Znajdźcie na YouTubie, cieszcie się tym, bo o takie brzmienia nie jest łatwo. Ale z góry mówię – niepoznanie Penny Dreadful to jak ogołocenie tej muzyki z jej cudownego kontekstu.

 

Obrazek z serialu Wikingowie przedstawiający głównego bohatera Ragnara Lothbroka

Vikings

Z moim osobistym rankingu klimatycznych seriali Wikingowie od bardzo dawna są w ścisłej czołówce i prowadzą wieczną rywalizację z Penny Dreadful. I choć to zupełnie inne historie to utrzymują walkę na równym poziomie.
Ciężkim orzechem do zgryzienia musi być tworzenie ścieżki dźwiękowej do serialu historycznego, w dodatku opartego na tak licznych walkach i rozlewie krwi. Balansowanie między dynamicznymi scenami a spokojnymi momentami refleksji każdego z bohaterów – to dopiero nie lada wyzwanie. Lawiruj pomiędzy tymi strukturami i nie naraź widza na znudzenie, powodzenia. W taki sposób batalistyczne sceny dobrze podkreślają elektroniczne wstawki, ambientowe akordy połączone z gęstą perkusją. I o ile soundtrack słuchany całopłytowo z YouTube’a nie daje aż takiej przyjemności, to w kontekście serialu radzi sobie całkiem dobrze.
Nie ukrywam jednak, że moją uwagę w największym stopniu przykuł numer z czołówki – jakże oczywiste. „If I Had a Heart” to utwór może posiadający niewiele wspólnego z historycznym zapleczem serialu, ale ten senny i w tej senności seksowny głos robi swoje.

 

Obrazek przedstawiający logo serialu Sons of Anarchy
Sons-of-Anarchy-soundtrack

Sons of Anarchy

Za filmami opartymi na gangsterce i bijatykach nie przepadam, a Sons of Anarchy to taki mój mały, serialowy wyjątek. Fabuła trzyma się kupy, bohaterowie są albo tak źli albo tak dobrzy, że kradną serca już po pierwszych dialogach, a akcja osadzona jest w małym, uroczym, kalifornijskim miasteczku. Mamy wciągające dramaty, dobry humor oraz przystojnych panów na motocyklach.
A soundtrack? To dopiero wykaz pracowitości! Bo nie zerżnięto gotowych utworów, ale stworzono własne, oryginalne mieszanki. Przykład? Czołówkowe „This Life” – klimatyczne, wpadające w ucho, wyraziste. Ewentualnie zaciągnięto jakieś dzieło, ale coverowano (o coverach też pisałam, gdyby ktoś nie widział) je specjalnie na potrzeby filmu, tak jak z „The House of The Rising Sun” wykonanego przez The White Buffalo, a początkowo znanego oczywiście za sprawą The Animals.
Bob Thiele – facet odpowiedzialny za soundtrack Synów Anarchii. To na nim spoczywała cała odpowiedzialność. Stworzył zespół o wdzięcznej nazwie The Forest Rangers, który bierze udział w większości nagranych na potrzeby serialu piosenek. Na całej płycie można znaleźć ich 15, w tym tytułowa „This Life” czy „Strange Fruit”, w której głosu użyczyła Katey Sagal – jedna z głównych bohaterek Sons of Anarchy.
Całość rysuje się jako sensacyjna historyjka o gangu motocyklowym złożonym z pewnych siebie i zbuntowanych mężczyzn. Soundtrack? Nawet jeśli nie znacie Synów Anarchii, powinien przypaść Wam do gustu. Klimatyczne, amerykańskie granie. Z szorstkim wokalem, wyraźną perkusją i łatwo wyczuwalnymi, gitarowymi akordami.

W założeniu chciałam opisać tu jeszcze pięć kolejnych ścieżek dźwiękowych, tyle że z filmów – nie seriali. Jednak doszłam do wniosku, że wpis byłby za długi, ja poświęciłabym na to kilka wieczorów uprzykrzając sobie ten temat do cna, a Wy umarlibyście z niecierpliwości i czekania na zapowiedziany już na Facebooku tekst. Jeśli dacie znać, mogę za jakiś czas stworzyć coś osobnego, skupionego wyłącznie na pełnometrażowych produkcjach. Tymczasem, dziękuję za dobrnięcie do końca, a za przeskoczenie z pierwszego akapitu na ostatni wrogo ganię!

PODZIEL SIĘ

2 KOMENTARZE

  1. Nigdy nie oglądałem specjalnie seriali, nie lubię czegoś co się ciągnie, a ja się zmuszam by to oglądać :/ Jednak Californication widziałem wyjątkowo PRAWIE całe i zgodzę się w stu procentach z tym co napisałaś 🙂 Świetny serial, świetny dobór repertuaru!
    Co do reszty, nie widziałem, ale zdążyłem przed chwilą przesłuchać polecany utwór The Handsome Family i jeśli serial jest tak dobry jak ten kawałek to biorę w ciemno!

    Swoją drogą… Szukałem długo bloga, na którym zacumuję na dłużej. U Ciebie znalazłem dwie rzeczy, które uwielbiam: pisanie o wszystkim i niczym oraz muzykę. Zostanę, pozwolisz? 😉

    • Miło, że pojawiłeś się tutaj, u mnie. Zostań tak długo, jak tylko zechcesz! 🙂 Muzyki ani pisania „o wszystkim i niczym” nie zabraknie, to mogę Ci obiecać.

Zostaw po sobie ślad!