Poddaję się temu w każdy piątek, kiedy kończę ostatnie zadanie na bieżący tydzień, zamykam laptopa, wychodzę z pracy i… weekend! – myślę sobie – wolne, odpoczynek, relaks, spokój; choćby świat miał się w ciągu najbliższych dwóch dni skończyć, śląc pożary, wybuchy i wojnę, ja będę leżeć odwłokiem skierowanym ku górze, wielbiąc przepiękny akt nicnierobienia. Takie to właśnie złudzenie, co piątkowe złudzenie.

Bo kiedy tylko zaczyna się sobota, okazuje się, że do zrobienia jest kilkukrotnie więcej niż w ciągu tygodnia, kiedy to jeszcze można domowe obowiązki odłożyć, przekonując samego siebie argumentem „muszę iść do pracy”, „jestem zmęczona po pracy”, „jutro rano do pracy, więc teraz muszę odpocząć”. A tak, przychodzi sobota. A wraz z nią nawał rzeczy, takich jak sprzątanie, robienie ogromnych zakupów i gotowanie. Brzmi znajomo? Z pewnością, bo tylko jeśli nie mieszkacie z nadopiekuńczymi matkami, które nawet kurzu nie pozwolą Wam zetrzeć, żebyście sobie śluzówek w noskach nie nadwyrężyli i jeśli nie jesteście totalnymi leniami, to doskonale znacie ten weekendowy maraton. Ja niestety też. A bądźmy szczerzy – maratony nie są dla mnie.

Ale jakoś to idzie. Zaciskam zęby, zagryzam wargi, spinam pośladki i wykonuję tę serię szurnięć szmatą po podłodze i użeram się z ludźmi z hipermarketach, a w sobotni wieczór, kiedy lodówka już zapchana żarciem, a linoleum tak czyste, że można by zlizywać stamtąd mleko, rozluźniam wszystkie mięśnie i oddaję się temu, co do tej pory sprawia mi największą frajdę – muzyce. Muzyce i pisaniu. Wiadomo, nie każdego wieczora uda się napisać coś dobrego. Ale, co zdążyłam zauważyć już wcześniej, odbębnianie wymienionych wcześniej obowiązków to nawet mi w pisaniu pomaga. Jakby zetknięcie z najbardziej przyziemną i typową częścią życia dawało mi inny, świeży ogląd na to, co już takie zwyczajne nie jest i nadawało mojemu pisaniu lekkości. Inna sprawa, że często zmagając się z brudem na podłodze, w myślach układam już pełne zdania i powtarzam sobie, że spiszę je, kiedy już nadejdzie wieczór. I często tak jest, naprawdę. Nawet nie wiecie ile tekstów na firmitas.pl powstało właśnie w taki sposób – rodząc się z brudu startej ściery i potu.

No i tak mijają sobotnie, późne godziny – na słuchaniu i pisaniu. Niedzielne w zasadzie bardzo podobnie, tyle że zapisane wtedy zdania powstają między popołudniowym krojeniem ziemniaków a smażeniem schabowych. Bo umowa jest taka, że w piątek i sobotę pizza, a w niedzielę normalny, polski obiad, często przystrojony mizerią.
Niedzielny wieczór, co warto zaznaczyć, jest intensywniejszy od sobotniego. Bo naznaczony świadomością bliskości poniedziałku, a jaki jest poniedziałek – każdy wie. O tym jednak pewnie w innym wpisie. Tymczasem mogę Wam przysiąc, z ręką na sercu, że w weekend nie zbawiam świata ani nie podejmuję przełomowych dla niego wyzwań; mój weekend jest jak każdy inny, powszedni dzień – pełen niezbyt przyjemnych zajęć, do których jak do tej pory zawsze udaje mi się wpleść to, co przyjemniejsze, czyli i muzykę, i pisanie; nie zawsze dobrą muzykę i niekoniecznie za każdym razem wartościowe pisanie, ale wierzę, że regularność starań jest matką sukcesu, a same starania, o ile szczere, prowadzą do szczęścia.

PODZIEL SIĘ

1 KOMENTARZ

Zostaw po sobie ślad!