Gdy zbliżająca się noc ogarnie mrokiem schronienie nasze i nic poza jednym punkcikiem światła nie będzie już widoczne, zanuć mi. Do ręki weź tę bladą i najdrobniejszą książkę
z kolekcji i wypatrz z niej, co najważniejsze. Ułóż ze słów wrażliwca poprzedniej epoki pieśń ku pokrzepieniu zmęczonej życiem duszy. Z wersów miłosnych i tych, co o śmierci prawią stwórz idealną wiązankę pocieszenia. Bo przecież nic bez śmierci jak i miłości istnieć bezkarnie nie może.

Popraw poduszkę, co pod policzkiem źle leży. Ułóż kosmyk włosów, co niesfornie do oczu
się wkrada. Zacznij szeptać. Wiesz czyich słów o tej porze lubię słuchać najbardziej. Oczaruj mnie po raz setny wierszami Tetmajera, po raz tysięczny zawiłą poezją Baczyńskiego. Sprowadź do parteru dosadnej przyziemności słowami Wojaczka lub Stachury.
Unieś ku obłokom miłości tworzonym przez Poświatowską. A gdy powieki moje już na przyszłe godziny zamykać się będą dopieść mnie mową Barańczaka, może Szymborskiej, tak bym od świata się oddaliła, ale o jego istnieniu nie zapominając.

Nie rób tego co wieczór. Poezja nie na każdy czas jest odpowiednia. Poezji trzeba pragnąć jak kropli wody podczas obfitej gorączki, jak podmuchu ciepła w mroźną noc.
Nie martw się, tę potrzebę słuchania i tęsknotę za liryką się widzi. W błękicie oczu się ją widzi, w ciężkim ruchu ciała, w drżeniu warg, co już nie wiedzą jakie słowa wypowiadać,
w zagubieniu i bezsilności.

Wtedy z wyrazów tych formuje się wiele drogowskazów, wiele dróg pojawia się przed oczami. Koszmary odchodzą, wyłania się spokój, więc za dnia pozwalaj mi poznawać, a nocą wierszem układaj mnie do snu.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!