Po dwunastu godzinach pracy wbiegam do mieszkania, wbrew pozorom, pełna energii. Jednym ruchem zrzucam plecak, drugim wciskam „play” na odtwarzaczu i otwieram puszkę coli. Nie dziwi mnie już, że ta jak zawsze jest za mało chłodna. Tak samo jak nie dziwi mnie fakt, że z głośników znów rozległo się Without God. Bo do ich drugiego krążka „Circus of Freaks”, zakupionego na sobotniej giełdzie, przyssałam się jak pijawka do gładkiej skóry. A to przecież mija już drugi tydzień!
Without God Circus of Freaks recenzja
Toż to jakiś grind – podsumował kolega po tym, jak wyciągnął płytę z mojej dłoni i spojrzał na okładkę.
Żaden grind, tylko stoner/doom. Sprawdziłam już na Metal Archives, zespół pochodzi z Rosji. Nieźle, co? – wypaliłam z iskierkami w oczach, bo rosyjskiego metalu to ja chyba jeszcze w całym swoim życiu nie słuchałam. A jeśli słuchałam, to bez świadomości, że zespół jest właśnie stamtąd. Zresztą, jakie to ma znaczenie? Ostatnio łapię się na durnej przypadłości sprawdzania zespołu – skąd pochodzi, co nagrał i z kim nagrał – jeszcze zanim skończy się pierwszy utwór z płyty, na jaką trafiłam. To prawdopodobnie tylko ciekawość, ale skutkuje tym, że podświadomie wrzucam zespół na półkę, która w rzeczywistości i tak wisi wyżej lub niżej.
Milej jest, kiedy ten okazuje się lepszy niż podpowiadała pierwsza myśl. Tak miałam właśnie z WITHOUT GOD. Sceptycyzm z momentu wyjmowania płyty z opakowania i wrzucania jej do odtwarzacza szybko ustąpił pozytywnemu zaskoczeniu, które już po dwóch utworach ewoluowało, niczym Pikachu w Raichu, z zaskoczenia w permanentną i ogromną radość. Jeśli o radości w tym przypadku w ogóle można mówić.
Muzyka WITHOUT GOD jest surowa, brudna, pełna sprzężeń i gitarowych akrobacji, którym bliżej jest do skoków po linie niż do fikołków przez płonące obręcze. Bo gitary te nie są hiper złożone, ani aranżacyjnie dopieszczone. Są na swój sposób prymitywne, ale dzięki temu wyjątkowo szczere i chwytliwe. Wokal – kipiący od pogardy i cynizmu idealnie wychodzi przed wtórującą mu perkusję, cały czas brzmiącą gdzieś w tle, czasami delikatnie się cofając i dając pole do popisu stonerowo-doomowym riffom. Gdybyście chcieli przyspieszonego kursu o nazwie WITHOUT GOD, powiedziałabym – zwróćcie uwagę na „Where The Sun Doesn’t Shine” i „Flood”, bo to utwory, które można nazwać esencją WITHOUT GOD. Kompilacją siły z bezpośredniością, gitarowej prostoty z brzmieniową akrobacją.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!