Wakacje w przypadku studentki, która wyprowadziła się z domu już raczej na stałe skutkują pracą. Taką, co trwać musi przynajmniej miesiąc. Z tego też powodu pisanie wypadło z moich codziennych zajęć, bezsprzecznie zastąpione sprzedażą skórzanej biżuterii i użeraniem się z szarą polskością w wydaniu ludzkim.

Po tym ciężkim lipcu, skąpanym w niezbyt rozochoconym słońcu, zmoczonym humorzastym deszczem, powracam. Zgodnie z fejsbukową zapowiedzią rozpocznę od kilku słów wrażeń związanych z książkowym hitem tych miesięcy. Jak już wspominałam w poprzedniej próbie literackiego pisadła – ja nie recenzuję, ja opiniuję. Prosto, totalnie subiektywnie i z chęcią przedstawienia Wam czego możecie się spodziewać po danym autorze i tytule.

wlodek_markowicz_kropki_photo

A z Włodkiem Markowiczem i jego „Kropkami” sprawa nie wydaje się tak łatwa. Nie często sięgam po książkę wydaną przez człowieka, który do tej pory kojarzył mi się wyłącznie z YouTubem. To potwierdza tylko wysnutą już dawno przeze mnie tezę, że książkę w czasach obecnych może napisać każdy. Usiąść do laptopa, sklecić parę słów, a potem wyłożyć kasę na stół komu trzeba i rozkazać drukować. Problem zawsze leży po drugiej stronie – czy ktokolwiek zechce zdjąć to z księgarnianej półki i przeczytać? No właśnie.

Włodek zadziałał sprytnie. Najpierw stworzył filmik, który idealnie uderzył w dusze i umysły rozochoconych jego twórczością odbiorców. Potem, kiedy produkcja zyskała już popularność i nagrody wydał książkę o tym samym tytule, traktującą w sumie o podobnych rzeczach. Nie powinno się go za to winić. Każdy działa jak może. Jemu nie wyszło to najgorzej.

W taki sposób 18 maja książka trafiła do księgarni. Ludzie rzucili się na nią jak na dostawę papieru toaletowego za komuny. Wynosili stosami, garściami. Zaczytywali się, wrzucali zdjęcia na Instagrama.

Ale co do treści, nie byłabym tak entuzjastyczna. Podjęte tematy były dobrym wyborem. Świadomość, oświecenie, duchowość, wiara, dualizm świata. To zawsze dotyka, bo dotyczy każdego z nas. Sposób ich opowiedzenia już niekoniecznie. Czasami miałam nieodparte wrażenie, że Włodek zerżnął je wprost z książek typu „Potęga Teraźniejszości”. Z drugiej strony, w większości opierał się na własnych doświadczeniach, przemyśleniach rozpoczętych już w wieku dojrzewania, więc ciężko tak surowo traktować jego emocje i refleksje, które jednak wydają się szczere. W dodatku, to właśnie to urzekło mnie w jego internetowej działalności. Lekki sentyment robi swoje.

wlodek_markowicz_kropki_photo_1

Od początku drażniło mnie to, że na siłę starał się być w swoim pisaniu lekki i zabawny. W nienaturalny sposób nawiązywał do trendów panujących w Internecie czy słynnego podziału gimnazjum/gimbaza. Wpychał w nawiasy co tylko mógł, żeby zbliżyć się do czytelnika z góry zakładając, że jego wiek zamyka się w przedziale 15-18. Pisał tak, jakby mówił. Dla większości może wydać się to przyjemne i łatwe w przyjęciu, dla mnie było irytujące. Jeśli ktoś już bierze się za napisanie książki (a to przecież do cholery nie jest byle co) to powinien liczyć się z pewnymi normami stylistycznymi i powagą, którą niesie za sobą słowo pisane. Jednak z czasem, po przebrnięciu przez pierwszą połowę tekstu widziałam pewną poprawę. Im poważniejszych tematów się chwytał, tym język był bardziej odpowiedni. To dobrze.

Książka wyda się interesująca przede wszystkim ludziom o naturze i osobowości podobnej do włodkowej. Introwertykom, z pewnym bagażem przykrych doświadczeń, lubiących refleksje i przemyślenia głębsze niż co mama zrobi jutro na obiad. Nauczy Was czegoś tylko w przypadku, kiedy sami do tej pory nie interesowaliście się tematem samoświadomości, duchowości i religijności w szerszym tego słowa znaczeniu. Bo jeśli macie już za sobą taki etap to podpowiedzi Włodka okażą się tylko potwierdzeniem lub zaprzeczeniem Waszych przekonań, przypomnieniem czegoś, co już kiedyś czytaliście. I tak było ze mną.

wlodek_markowicz_kropki_photo_2

Wśród pierwszych stron znajdziecie taką, na której autor umieścił spis utworów towarzyszących mu podczas pisania. Jak mówił sam Włodek, miało to spełnić tylko jedno zadanie – zbliżyć odbiorcę do twórcy, nadać tej relacji intymności i wyjątkowości. Pomysł oryginalny, ale i odważny. Nie trzeba przecież nawet zaznaczać, że muzyka zawsze działa w taki sposób – solidaryzuje, zbliża lub odpycha i zniechęca. Ja nie miałam możliwości jednoczesnego czytania i słuchania, praca to uniemożliwiła. Prawdopodobnie z tą playlistą wrażenia byłyby intensywniejsze, ale nie zmienia to faktu, że i tak największą uwagę zwracam na treść, nie na otoczkę, w którą się ją spowija.

wlodek_markowicz_kropki_photo_3

Wiele osób pytało mnie czy książka faktycznie ma tyle wspólnego z filmikiem, bo przecież tytuł ten sam. Moja odpowiedź brzmi – tak. Tekst jest po prostu szerokim rozwinięciem głównej tezy, którą Włodek zawarł w wideo.

Inni pytali mnie czy warto ją kupić. Warto. Jeśli nie dla zdobycia wiedzy to nawet dla potwierdzenia teorii, które od dawna kłębią się w Waszych głowach. A w najgorszym wypadku dla zwykłego zabicia nudy czy chwilowego oderwania od rzeczywistości.

Ja doszłam do jednego, najprostszego i w tej prostocie najbardziej szczerego wniosku – wolę Włodka w wersji Youtube. Obserwuję jego kanał od początku, wszystkie filmiki znam bardzo dobrze. Wielokrotnie rzuciły mnie na kolana, rozbawiły do łez i wykreowały taki sentyment, że żadna książka napisana przez niego nie jest w stanie tego przebić.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!