Wedle zapowiedzi dziś zapraszam Was na pierwszą prezentację moich muzycznych zdobyczy. Zaplanowałam, że będzie ona odbywała się dość schematycznie – zdjęcia, krótki opis, podsumowanie. Postaram się, żeby było dość różnorodnie pod względem gatunku i estetyki. Schematycznie, ale nie usypiająco. 

 Riverside „Out of Myself”

Płyta rockowego zespołu Riverside o tytule Out Of Myself

Tworzenie muzycznej kolekcji zaczęłam, rzecz jasna, od jednego z ulubionych zespołów i ich pierwszego albumu. Dotarł szybko i wylądował w odtwarzaczu nim woda na herbatę zdążyła się zagotować.  Jeśli więc lubisz porządne, progresywne granie, z wyraźnym basem i klawiszowymi wstawkami to herbatę możesz pić razem ze mną. O uwielbieniu długowłosego wokalisty z czterostrunowcem w dłoniach nie wspominając.

Album rozpoczyna „The Same River”, czyli jedenastominutowa wirtuozeria. Kolejne utwory, aż po „Reality Dream II” to krótsze dzieła oparte, według mnie, głównie na wokalu i ujmującym tekście. W trzydziestej pierwszej minucie znów nadchodzi czas instrumentaliów, a płyta kończy się ciekawym, jazzowym (o dziwo) „Ok”.

Anathema „The Silent Enigma”

Płyta doom metalowego zespołu Anathema o nazwie The Silent Enigma

Rok 1995, drugi studyjny album i pierwszy na mojej liście zatytułowanej „od najlepszych do najgorszych – Anathema”. Kto interesuje się doom metalem wie, że zespół wraz z upływem lat tracił na swym klasycznym pięknie, a „The Silent Enigma” jest przedstawieniem ich chlubnej przeszłości, dzieckiem długowłosych, wiarygodnych w swej miłości do muzyki facetów.

Album zdobyłam tylko dzięki temu, że pewnego, deszczowego dnia szczęście zdecydowało się do mnie uśmiechnąć. Podczas przeczesywania całego kartonu staroci w pobliskim sklepie muzycznym trafiłam na dwupłytowe wydanie „The Silent Enigmy” w cenie niższej niż można by się spodziewać. Niesamowite uczucie.

Pierwsze CD to album studyjny, rzecz jasna. Natomiast krążek numer dwa to połączenie nagranego w świetnej jakości koncertu zespołu w Krakowie w roku 1996 i kilku dodatkowych utworów.

Mgła „Exercises In Futility”

Płyta black metalowego zespołu Mgła o nazwie Exercises In Futility

Mój polski, blackmetalowy faworyt z zeszłego roku. Pewna stabilność ich brzmienia została zachowana i umocniona na tle twórczości innych zespołów. Na pierwszy rzut oka widoczne części stałe Mgły – czerń i biel na okładce malująca niepokój, rzymskie cyfry zamiast tytułów jakby ku wyzwoleniu nas i niewyręczaniu w nadaniu myśli głównych, powtarzające się i hipnotyzujące wręcz riffy.

Album wydaje się być jedną, spójną całością, bez utworów wybijających się ponad zawieszoną przez ogół poprzeczkę. Ponumerowane historie tworzące oryginalną, blackmetalową powieść. Ale im więcej razy włączam płytę, tym częściej znajduję coś nowego dla siebie. Nie można więc powiedzieć, że ta stabilność łączy się ze stagnacją.
Chętnie zobaczyłabym tych zakapturzonych facetów na żywo, na scenie, grających swoją własną definicję nihilizmu.

 

Dzisiejsza prezentacja w ten sposób dobiega końca. Jeśli znajdujesz się ze mną w tym podsumowaniu to jestem Ci niezwykle wdzięczna i zachęcam do czekania na kolejną część cyklu. Szczerze mówiąc, jeszcze sama nie wiem co się w nim pojawi, więc jest to niespodzianka zarówno dla mnie jak i dla Ciebie.

Teraz pora na odrobinę smutku.
Dziś, przed godziną piętnastą Riverside na swojej fejsbukowej stronie umieściło ogłoszenie tej treści:Bez tytułu

Po przeczytaniu ogarnął mnie smutek i obawa. Czy Riverside wraz ze stratą świetnego muzyka skazane jest na finał twórczości? Pozostaje jedynie czekać.

 

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!